Słoneczny poranek powoli odchodził w zapomnienie. Nie było jeszcze południa, ale niebo zachmurzyło się. Ciężkie chmury napływały z nad równin Helkori. Zapowiadał się deszczowy dzień w księstwie Elinhir. Droga, którą jechałeś biegła od wspomnianych równin w stronę górzystej części księstwa. W okolicy widać było już pojedyncze pagórki i wzgórza. Tak więc chmury szły jakby Twoim tropem, samotny jeździec prowadzący zastępy ciemnych chmur - tak mogłoby to wyglądać na arrasie jakiegoś artysty. Jednak większość podróżników nie myśli w tym czasie o dziełach sztuki, lecz o tym żeby nie zmoknąć. Droga biegła niewielkim lasem, następnie przecinała spory kawałek trawiastej równiny, by znowu zniknąć wśród lasów i coraz częstszych wzgórz. Twoje rozmyślanie przerwało parsknięcie Twojego konia, jakby zwierze chciało zwrócić na coś uwagę. Po chwili i Ty słyszałeś, głośniejsze z każdym końskim krokiem, dochodzące z drogi przed Tobą lamenty i krzyki mężczyzny. Głos dochodzi z polanki do której miałeś jeszcze jakieś sto metrów drogi.
-
Spokojnie Arachne - zwróciłem się do mojej klaczy, starając się ją uspokoić. Rozejrzałem się dookoła, wypatrując ukrytych ludzi. Widziałem już wiele rodzajów zasadzek, zastawianych na samotnych wędrowców, więc i teraz pozostawałem w pełni czujny. Ciekawość moja wzięła jednak górę. Uspokoiwszy konia, kazałem mu ruszyć powoli wprost w kierunku polany, pozostając w każdej chwili gotów do ewentualnego odwrotu i ucieczki. Wbiłem wzrok w polanę, starając się jak najwcześniej ocenić całą sytuację. Pomimo pozornego zachowania spokoju, w pamięci przewijały mi się już zapamiętane zaklęcia ochronne.
Klacz usłuchała swojego pana, ostrożnym krokiem, jakby wyczuwając napięcie zbliżała się do polany. Pokonali ostatni zakręt i ujrzeli przed sobą całą scenę. Na środku stał wóz zaprzężony w dwa konie, z takich co używają mniej zamożni kupcy. Jeden z koni dogorywał trafiony strzałą w szyje, jakaś inna strzała wbita była w drewno wozu. Wóz stał pod kątem na drodze, wszystko wskazywało, że ktoś lub coś gwałtownie zatrzymała jadących. Koło wozu biegał zrozpaczony Redgard w podeszłym wieku, to właśnie jego lamenty słyszał Seothyr. Gdy tylko zobaczył nadjeżdżającego Bretona ruszył mu na spotkanie
- Panie, ratuj mnie biednego... ratuj panie...Poza Redgardem i jego wozem na polanie nie było widać niczego, mag nie wyczuwał również żadnego zagrożenia magicznego.
- Stój gdzie stoisz!... - krzyknąłem, jak tylko zauważyłem, że zmierza w moją stronę. Nakazałem Arachne zatrzymać się, a następnie okrążyć powoli polanę oraz Redgarda wraz z wozem, nie spuszczając z nich wzroku.
-.
.. i mów szybko, cóż się tutaj stało, a może będę w stanie Ci pomóc. - dokończyłem zdanie już bez rozkazującego tonu, nadawszy moim słowom lekko przyjacielski, aczkolwiek stanowczy ton. Kątem oka sprawdziłem jeszcze, z której strony wóz został zaatakowany.
Ostry ton osadził Redgarda w miejscu, Breton mógł spokojnie obejrzeć teren. Strzała wbita w wóz sugerowała, że atak nastąpił od strony przeciwnej niż ta z której przybył Seothyr. Wóz musiał jechać tak jak mag, i został zaatakowany od przodu. Poza główną drogą z polany prowadziła jeszcze jedna, węższa, ginąca w gęstwinie bo prawej stronie. Gdy Breton okrążał i oglądał teren Redgard naprał ponownie odwagi, i zachęcony pytaniem odparł tym razem stojąc w miejscu.
-
Napadli nas... jechaliśmy spokojnie do osady... zastrzelili konia, obrabowali - Wskazał leżące zwierzę, widać było że mimo zdenerwowania stara się opowiedzieć jak najwięcej, jednak przy kolejnym zdaniu głos mu się załamał.
- I porwali Lette... znaczy moją wnuczkę. Uratuj ją panie, proszę... tylko ją mam...Zatrzymałem klacz. Ten mężczyzna wzbudził we mnie zaufanie... choć nie zwykłem rzucać się na pomoc wszystkim napotkanym osobnikom.
-
Dobrze, zobaczę co się da zrobić... wpierw jednak miałbym jeszcze parę pytań. - mówiłem uspokajającym tonem -
Ilu ich było? Jak dawno to się stało i w którą stronę zbiegli? I jeszcze pańska wnuczka... mógłbyś mi ją opisać pobieżnie? Panie... - tutaj spojrzałem na niego pytająco, w oczekiwaniu że się przedstawi.
Słowa Bretona uspokoiły go nieco, przynajmniej na tyle, że zaczął odpowiadać dokładniej
- Melton, panie. Dwóch ich było, jeden Redgard i drugi jasnowłosy. Ale ja stary, a wnuczka też nie dała rady... Na myśl o porwanej dziewczynie złapał się za głowę, jednak po chwili mówił dalej, w końcu im szybciej powie tym lepiej.
-
Uciekli tą ścieżką - Wskazał ścieżkę po prawej niknącą w zaroślach. -
Lette, ciemnoskóra, długie proste włosy, wygląda młodo, siedemnaście lat ma. - Widać było, że chce jak najdokładniej odpowiedzieć na pytania, mimo zdenerwowania. -
Jasna bluzka i ciemne spodnie. Panie, uratujecie ją z łap tych opryszków? - Patrzył błagalnie na Bretona, na tym pustkowiu widział w nim jedyną szansę dla Letty.
Bez słowa zsiadłem z konia. Zamyśliłem się, oceniając moje szanse.
-
Zrobimy tak - zwróciłem się do mężczyzny -
pozostawię Ci mojego konia, abyś zastąpił swojego umierającego w wozie. Bacz jednak na jej zmęczenie. Zwie się Arachne i nie przywykła do ciężkiej pracy. - odrzekłem, po czym spojrzałem na mą klacz. Mam nadzieję, że Pani Silimaure nie będzie miała za złe, że Cię zostawię na jakiś czas pod opieką tego Redgarda...
-
Zaprzęgniesz ją do wozu i udacie się wprost do Elinhir. Tam będziesz oczekiwał mojego powrotu. - powiedziałem po czym zamyśliłem się... -
gdybym... - dodałem po chwili ciszy - g
dybym nie wrócił zbyt szybko, odeślij Arachne gońcem do stolicy Imperium, do Pani Silimaure. Mam nadzieję, że Cię jeszcze zobaczę... - ostatnie zdanie powiedziałem do Arachne po czum czule poklepałem ją po karku -
Ja tymczasem udam się na poszukiwanie Twojej Letty.Przed odejściem, przeszukałem jeszcze plecak w poszukiwaniu ziół o silnym działaniu uspokajającym. -
A to - wskazałem na zioła -
daj temu umierającemu koniowi, a ulżysz mu w cierpieniu.Następnie skierowałem swe kroki w kierunku leśnej ścieżki, w którą to stronę podążyli uciekający rabusie.
Redgard kiwał głową podczas mowy Bretona.
-
Tak zrobię panie, zadbam o Twoje konia. Uratuj ją panie. - Odebrał zarówno wodze konia, jak i zioła od Seothyra. Najpierw zajął się umierającym koniem, a następnie miał zamiar zaprzęgnąć klacz maga. Zajął się swoją pracą, powtarzając jeszcze kilka razy 'Dziękuje'.
Po krótkim pasie zarośli ścieżka stawała się szersza, można były wygodnie iść we dwie osoby koło siebie. Lekko wznosząc się biegła wśród drzew. Uważny obserwator mógł dostrzec ślady świadczące że niedawno ktoś tu przechodził. Na miejscami miękkiej ziemi odciśnięte były ślady trzech osób, widać było że jedne z nich momentami są rozciągnięte, jakby osoba ta była szarpana i zmuszana do drogi. W koło panował spokój.
Nieznacznie przyśpieszyłem. Skoro dwójka ludzi z zakładnikiem udała się tą ścieżką, to zapewne z niej nie zboczą zbyt szybko. W miarę możliwości staram się stąpać najciszej, jak tylko potrafię. Wzrok wbiłem przed siebie, czasem tylko sprawdzając, czy ślady nadal prowadzą tą drogą. Idę tak długo, aż usłyszę ludzi, gdy bądź zobaczę jakąś większą polanę.
Breton ruszył ścieżką, zwracając uwagę na ślady. I bardzo dobrze, bo po jakiś dziesięciu minutach drogi odchodziła mniejsza ścieżka kierując się ku najbliższemu wzgórzu. Była węższa od poprzedniej, przez co dwaj mężczyźni prowadząc więzioną dziewczynę zostawiali sporo śladów. Połamane gałązki świadczyły niezbicie, że to właśnie w tamtą stronę udała się ścigana trójka. Jeszcze kawałek i usłyszał głosy przed sobą. Ostrożnie wyglądając zza dużego drzewa ujrzał, że dróżka kończy się na malutkiej polance, szerokości niecałych czterech metrów i tylko nieco dłuższej. Po bokach rosły gęsto drzewa i krzaki, na przeciwko Bretona było wejście do pieczary. Tam właśnie płonęło ognisko i słychać było głosy dwóch-trzech mężczyzn.
Odwróciłem się plecami do drzewa, które dzieliło mnie od tych ludzi. Usiadłem na ziemi, sprawdzając czy aby nie jestem widoczny a następnie starałem się wsłuchać w ich rozmowę, oczekując na jakieś ważne informacje. Przy okazji starałem się poznać po głosie, ilu ich tam jest.
Breton ukrył się, słuchał i czekał. Po chwili zorientował się, że mężczyzn było trzech. Rozmawiali o ataku, jeden z nich gratulował pozostałej dwójce, a następnie wyszedł i skierował się ścieżką w powrotną drogę. Musiał przechodzić niedaleko maga, pozostała dwójka pozostała w jaskini.
Czekam w ukryciu, aż mężczyzna przejdzie obok mnie i pójdzie w dalszą drogę. Gdy mnie mija, przyglądam mu się uważnie z ukrycia. Staram się dostrzec, czy ma jakąś broń oraz odzienie ochronne, oraz to, jak się ubiera. Może po tych detalach będę w stanie określić, z jakim typem człowieka mam do czynienia. Ruszam za nim, jak tylko zniknie mi z oczu. Hmm, może i ostatni miesiąc żyłem z wyrębu drzew, lecz nie czuję się z tego tytułu zbyt mocarny... - pomyślałem. Hmm... z każdej sytuacji zawsze są dwa wyjścia. Ja wybieram trzecie. Przykucnąłem na ścieżce i skoncentrowałem się.
Sheorze, obdarz mnie łaską
a podług drogi Twej postąpię.
Sheorze, gdy łaski Twej nie doświadczę,
moją własną ścieżką
przed siebie wyruszę!
Powiedziałem w skupieniu słowa modlitwy. Będzie co ma być - pomyślałem i zacząłem wypowiadać inkantację czaru ptasiego lotu. Powili i dokładnie. Pośpiech w tej sytuacji nie jest wskazany.
- Astomes mystici. Leviatus hagome shaar!Przechodzący mężczyzna miał na sobie skórzaną zbroję, przy boku broń o zakrzywionym ostrzu, oraz sztylet. Był człowiekiem, całkiem możliwe, że Nordem, ale to już nie było całkiem pewne. Nie zauważył maga i przeszedł obok, dopiero po chwili jakiś dziwny szept zwrócił jego uwagę, to mag kończył wypowiadać zaklęcie. Odwrócił się zaskoczony a w jego dłoni błysnął sztylet. Po wypowiedzeniu zaklęcia Seothyr poczuł, że lekko unosi się nad ziemią, nie do koca było jasne co chce w ten sposób osiągnąć, ale zaczął lewitować, Jeśli chciał zadziwić mężczyznę to mu się udało.
Doskonale.. no prawie. Przedstawienie czas zacząć! Uniosłem się nieco w powietrze, na około 4 stopy.
-
Seothyr z rodu Del`Rhynn. Do usług - powiedziałem głośno, pewnym siebie głosem, starając się zabrzmieć oficjalnie. Pozostając w stanie lewitacji, powolnym ruchem wykonałem ukłon w powietrzu.
O ile pojawienie się maga i jego szepty zdziwiły mężczyznę, to takie formalne przedstawienie się i ukłon, do których nie był przyzwyczajony całkowicie zbiły go z tropu.
-
Berg z... ee, Berg po prostu - Najwyraźniej Nord niezbyt sobie zdawał sprawę z jakiego jest rodu. Po kilku sekundach jednak nieco ochłonął, bo spytał bardziej normalnym i pewnym siebie tonem
-
Co tu robisz? - W dłoni cały czas trzymał sztylet.
-
Dobrze, że jesteś czujny. Nawet w obliczu potencjalnego sojusznika... - Powiedziałem, bardziej do siebie niż do Norda. -
Przysyłają mnie ludzie - odrzekłem już bardziej oficjalnie - k
tórych tożsamość jeszcze musi pozostać anonimowa. Twoje umiejętności są im znane doskonale. Śledzili cię już od jakiegoś czasu, aby Cię sprawdzić. - Dodałem z nutką tajemniczości w głosie -
Muszę jednak zamienić z Tobą parę słów. Jeśli nie masz nic przeciwko, proponuję gospodę i jakieś dobre... hm... piwo, wino, co tylko zechcesz. Ja stawiam.Starałem się pozostawać wciąż w powietrzu, przyjmując neutralną, zachęcającą postawę.
Przez chwilę się zastanawiał, widać było że nie spodziewał się czegoś takiego. Jednak coś mu nie pasowało, a może po prostu bał się kogoś.
-
Podjąłem się teraz czegoś już... ale jak skończę to możemy się spotkać. - Widać było, że nie chce stracić okazji, jednak coś go trzymało obecnie.
-
Znajdziesz mnie, a teraz wybacz. - Schował sztylet i odwrócił się żeby odejść, z tego wszystkiego już nawet nie zastanawiał się jak Breton go znalazł i czemu tu.
-
To wszystko nie będzie już miało znaczenia. Nie w obliczu tego, co jesteśmy w stanie Ci zaoferować. Pieniądze i wpływy - powiedziałem to powoli, akcentując każde słowo -
Ale cóż... - kontynuowałem, nim zdążył zareagować -
nie będzie drugiej szansy, znajdziemy kogoś innego, a ty podążysz własną ścieżką i już się nigdy nie zobaczymyPieniądze, wpływy... słowa te musiały przemówić do Norda, bo zatrzymał się i odwrócił.
-
Może jednak rozważę Twoją propozycję, ale mów tu i teraz. - Kilkanaście metrów od nich dwójka mężczyzn w pieczarze posilała się, żaden z nich na razie nie wyszedł na zewnątrz, wtedy nie mógłby nie zauważyć rozmawiającej dwójki.
-
Świadkowie nie są mile widziani... - powiedziałem wskakując ręką za mnie, w kierunku pieczary -
przejdźmy się. Przy okazji będziesz miał po drodze.Zacząłem się zastanawiać nad ziołami jakie posiadam przy sobie obecnie. Potrzebowałbym jakieś, które dostawszy się do oczu spowoduje ślepotę bądź poparzenie, hmm...
Pokiwał głową, w końcu poco ma się dzielić z tamtą dwójką?
-
Chodźmy więc. - Ruszył powoli ścieżką. Widać było po nim spore zainteresowanie, w końcu ktoś go naprawdę docenił.
-
Co miałbym robić, i co będę z tego miał? - Powoli oddalali się wśród drzew. Seothyr szybko myślał nad ziołami, przypomniał sobie, że po drodze zebrał nieco Ognistych Płatków - powinny się nadać.
Zszedłem na ziemię, aby zbytnio się nie przemęczać lewitacją, skoro zamierzony efekt już osiągnąłem. Dogoniłem go nieśpiesznie i szedłem obok. Hmm... Jak to teraz dobrze rozegrać...
-
Jak zapewne wiesz, bądź się domyślasz, jestem magiem. A przynajmniej człowiekiem obdarzonym mocą. Ale mniejsza z tym, pozwól, że pokażę Ci pewną wizję. Obraz przyszłości, i jednocześnie sedno całego interesu. - Starałem się mówić jasno i zrozumiale, oraz na tyle wolno, aby oddalić się od tamtej dwójki. Gdy już osiągnęliśmy wystarczającą odległość, sięgnąłem do plecaka wyjmując Ogniste Płatki -
Wiesz co to jest? - Zapytałem.
-
Domyśliłem się. - Przecież normalni ludzie nie unoszą się w powietrzu - pomyślał. Odeszli już kawałek lasem, Nord był coraz bardziej zainteresowany i zaciekawiony.
-
Wizja? Znaczy zobaczę co się wydarzy? - Spojrzał na wyciągnięte płatki. -
Nie mam pojęcia, kwiatki jakieś. - Jakoś nigdy zielarstwo nie było jego mocną stroną.
- Jestem gotowy.Wyciągnąłem z plecaka mały moździerz i sprawnie starłem parę płatków żeby uzyskać w miarę drobne kawałeczki. Upewniłem się że nie stoję do niego pod wiatr... i wsypałem proszek na rękę.
-
Teraz cii... - powiedziałem po czym wypowiedziałem parę losowych słów z pamięci, brzmiących choć trochę mistycznie -
Eritus sigone malak! - a następnie zdmuchnąłem pył wprost w oczy Berga. Gdy tylko pył dostał się do jego oczu, z całej siły kopnąłem go w najczulszy punkt każdego faceta, mając nadzieję, że nie zdoła przez to pisnąć ani słowa.
Berg przyglądał się przygotowaniom, w końcu ktoś go docenił, w końcu będzie kimś. Gdy wszystko było gotowe, nie próbował osłaniać oczu, w końcu chciał ujrzeć wizję. Dmuchnięcie, pył dostał się do celu, a Nord poczuł jakby ktoś wsadził mu pochodnie do oczu. Przeraźliwy ból, wypalający oczy. Gdy już z jego piersi miał wyrwać się wrzask, Breton kopnął, druga fala bólu zalała wojownika, który skulił się nie wiedząc już za co się łapać. Upadł na ziemie, a z jego ust wydobył się tylko cichy pisk, który w żaden sposób nie oddawał tego co czuje.
Teraz moja twarz nie wyrażała już pogodnych emocji. Moja twarz była zimną i ponurą maską mordercy. Zręcznie dopadłem obezwładnionego Norda i rozbroiłem go, biorąc jego sztylet i sprawdzając, czy nie ma przypadkiem jeszcze pochowanych innych narzędzi mordu. Wykręciłem mu ręce do tyłu i obwiązałem mocno kawałkiem materiału wyszarpanego naprędce z mojego, wiecznie poszarpanego płaszcza. Odwróciłem go, i przyłożyłem mu sztylet do szyi. Sądzę, że zimna stal i mój zmodulowany głos osiągnie pożądany efekt...
-
Milcz, albo zginiesz nim zdążysz krzyknąć - powiedziałem ponurym tonem -
pokiwaj głową na tak, jeśli zgadzasz się współpracować. W sumie... nie masz innego wyjścia - powiedziałem, i oczekiwałem na jego reakcję. W razie próby krzyku, jestem gotów go zabić na miejscu bez wahania.
Poza sztyletem miał jeszcze miecz przy pasie, innych broni Breton nie znalazł. Cała akcja wiązania od upadku Norda trwała krótko, z wykręconymi rękami związanymi z tyłu, krwawiącymi oczami i pulsującym bólem w kroczu Berg leżał na ziemi. Nawet nie myślał by krzyczeć, jedynie na czym mu zależało teraz to żeby przestało boleć, gdyby nie związane ręce pewnie wydrapałby sobie oczy. Nie mając innego wyjścia pokiwał głową zgodnie z poleceniem.
-
A teraz będziesz odpowiadał na moje pytania. Jeśli odpowiedzi będą prawdziwe i satysfakcjonujące to puszczę cię wolno i uleczę - było to naturalnie kłamstwo, gdyż nie byłem dziś w humorze na to, aby ratować kogoś takiego, ani nie byłem pewien, czy mógłbym przywrócić mu wzrok...
-
A teraz mów, dlaczego napadliście niedawno człowieka i porwaliście jego wnuczkę? Tylko ze szczegółami. Czy ktoś to zlecił i dlaczego? - Pytałem, przy okazji sprawdzając czy nikt nie nadchodzi.
Mówienie sprawiało mu duże problemy, praktycznie w jego stanie jakakolwiek czynność sprawiała spore trudności. Jednak zimna stal przy szyi ma pewne właściwości cudotwórcze.
-
Nie wiem kim on jest. Nie widziałem twarzy, wynajął nas i to on się skontaktuje. - Wypowiedzenie tych dwóch zdań zajęło mu chwilę, słowo były przerywane jękami, kontynuował dalej. -
Złoto możemy zatrzymywać a za dziewczyny płaci. Pomóż mi, nic nie widzę...-
Ile płaci za dziewczyny? Ile chce za tą? Trzymacie ją w grocie? Nie musisz odpowiadać pełnymi zdaniami. Ja zaraz poszukam lekarstwa... - niech przynajmniej ma jeszcze nadzieję, że przeżyje. Nie daruję jednak takiemu... za handel ludźmi
Odwrócił głowę jakby chciał spojrzeć na Bretona.
-
Różnie, po kilka tysięcy, kilkanaście. Płaci jak zobaczy. - Uprzedzając kolejne pytanie dodał. - O
n się kontaktuje. Nie wiem jak go znaleźć. Boli... Zaklął siarczyście.
-
Sheorze, to dla Ciebie - powiedziałem cicho i szybkim ruchem poderżnąłem Nordowi gardło, nim zdążył przemyśleć co właśnie powiedziałem. Starałem się nie zabryzgać się krwią. Zwłoki zaciągnąłem na jakieś 60 kroków w las i umieściłem za jakimiś gęstszymi krzakami. Ślady krwi na ścieżce przyłożyłem ziemią i liśćmi. Upewniłem się jeszcze, że ślad po ciągnięciu zwłok nie rzuca się w oczy, a następnie obwiązałem usta i nos kawałkiem mojej czarnej koszuli, a na głowę ubrałem kaptur. Skierowałem swe kroki wprost do groty.
Śmierć była szybka. I w pewnym sensie była dla Norda wybawieniem. Z podcinanego gardła krew tryska, nieco chlapnęło na Bretona, ale udało mu się później zatuszować, także ktoś musiałby się bardzo dokładnie przyjrzeć by zobaczyć ślady krwi. Odciągniecie zwłok, ukrycie i zamaskowanie śladów zajęło mu chwilę. Dwójka mężczyzn od razu zobaczyła wkraczającą postać do pieczary. Naciągnięty kaptur, i zakryta twarz nie pozwalały poznać kim jest przybysz. Redgard położył rękę na mieczu, a Bosmer wziął do ręki kuszę. Za nimi, pod ścianą siedziała związana dziewczyna, jej wygląd jak i strój pasowały do opisu.
-
Ejże, kim jesteś i czego tu szukasz? - Ton głosu Redgarda był ostry.
-
Me imię jest teraz nie ważne. Przyszedłem zobaczyć dziewczynę. Złoto i reszta łupów jak zwykle wasza. Wyciągnijcie ją na światło, a ja ocenię, ile jest warta. Zapłatę dostaniecie od razu. - starałem się nadać moim słowom jak najbardziej charyzmatyczne brzmienie i stanowczy ton.
Byli troszkę zdziwieni tak szybkim przybyciem, popatrzyli na siebie pytająco. Była to ich pierwsza 'zdobycz', a słyszeli że zleceniodawcy działają dziwnie. Jeden drugiemu kiwnął głową.
-
Oczywiście - Redgard wstał i złapał dziewczynę za ramię. Poderwał ją do góry. -
Idziemy - Próbowała się szarpać ale trzymał mocno. Wyprowadzili ją na zewnątrz.
- Proszę, ładna, młoda.-
Wy... WY! - udałem zaskoczenie, które przerodziło się w oburzenie, aczkolwiek mówiłem opanowanie i powoli -
Czy wy wiecie kogoście pojmali? - Spojrzałem na nich spod kaptura, niech zobaczą wściekłość w moich oczach... -
Toż to młoda Lady... nie... imienia wam nie podam, nie powinniście wiedzieć, że to ona. Z tego co mi wiadomo, ukrywa się pod imieniem Letta - spojrzałem na dziewczynę. -
Musi zostać natychmiast odeskortowana do Elinhir! Jeśli Pan się o tym dowie... - z ostatnim zdaniem udałem strach i obawę w moim głosie -
wszyscy będziemy martwi! Wy! - Wskazałem na nich dłonią -
zostaniecie tutaj i zapomnicie o tym zajściu. Łapcie - rzuciłem im moją sakiewkę z całym złotem posiadanym przy sobie, około 400 septimów -
macie, to miała być zaliczka za tę robotę. I tak ją dostaniecie. Usprawiedliwia was to, że nie wiedzieliście o podróży Lady... Ja zabieram Lady natychmiast i postaram się załagodzić sytuację.Dwójka porywaczy była zaskoczona takim obrotem sprawy, właściwie zaskoczona była cała trójka. Dziewczyna starała się ukryć swoje zdziwienie z nagłego awansu społecznego. Gdyby mężczyźni sami nie byli zszokowani pewnie zauważyliby to, a tak patrzyli na siebie jak dwa przysłowiowe barany.
-
Ale ona... wóz, ubranie... lady? - Jakoś nie mogli w to uwierzyć, zachowanie Bretona i jego pewność siebie były przekonujące. Redgard puścił dziewczynę i złapał sakiewkę.
-
Skoro tak mówisz... może powinniśmy jechać z Tobą? Wytłumaczyć się. To był przypadek. - A przy okazji poznać 'górę' co może być korzystne pomyślał Bosmer.
Powoli skierowałem swe skryte oblicze w ich stronę -
W sumie czemu nie... - zacząłem powoli, zastanawiając się -
wtedy Pan będzie miał się na kim wyżyć za to 'drobne' niedopatrzenie... chyba tego nie chcecie, prawda? - zapytałem i nie czekając na odpowiedź, kontynuowałem -
O nasze bezpieczeństwo się nie martwcie, potrafię w każdej chwili wezwać... hm... tuzin pewnych 'istot', jeśli wiecie co mam na myśli. - powiedziałem, po czym odwróciłem się i trzymając dziewczynę za ramię zacząłem wychodzić z groty.
-
Ah, i jeszcze jedno - dodałem na odchodne -
w ciągu 2 najbliższych dni wyślemy do was posłańców z glejtami, których będziecie mogli użyć na wypadek konfrontacji z władzami. Szczegóły przekażą wam posłańcy. I... do zobaczenia następnym razem... - starałem się, aby ostatnie zdanie zabrzmiało na tyle złowieszczo, aby powstrzymać ich od kontynuowania rozmowy.
Chyba oboje doszli do wniosku, że wolą poznać Pana w lepszych okolicznościach. Zgodnie stwierdzili, że lepiej zostaną i poczekają na gońców, w końcu z dobrych rad należy korzystać. Wrócili do pieczary, najwidoczniej nie chcieli mieć nic wspólnego z tą dziewczyną. Wyprowadzana Redgardka starała się stawiać opór, ociągała się, ale cała sytuacja przytłoczyła ją. Porwanie, a teraz ten zamaskowany mężczyzna. Już sama nie wiedziała co było lepsze. Teraz z oporem, bo z oporem, ale pozwoliła się prowadzić mężczyźnie.
Poczekałem, aż oddalimy się wystarczająco daleko i zwróciłem się do dziewczyny, całkowicie ją oswabadzając, i przy okazji pozbywając się kaptura i prowizorycznej maski.
-
Melton prosił, bym cię uratował. Jemu nic się nie stało, teraz powinien już być bezpieczny w Elinhir. Musimy się udać do miasta, przy okazji odpowiednie osoby dowiedzą się o tym zajściu i mam nadzieję, że strażnicy trafią tutaj w miarę szybko. Przynosząc im glejty... znaczy się wejściówki do lochów. Darmowe - Starałem się brzmieć pogodnie i ciepło -
Wszystko co tam usłyszałaś było oczywiście kłamstwem, ale cóż się nie robi, aby komuś pomóc? Jeśli możesz iść szybko, to ruszajmy.Dziewczyna była zaskoczona, przez dłuższą chwilę patrzyła na mężczyznę nic nie rozumiejąc. Mówił o jej dziadku, o ratunku, pomocy, o gwardii. Czyżby ten koszmar się skończył?
-
Znaczy będę mogła wrócić do domu? - Nagromadzenie emocji znalazło ujście, Redgardka rozpłakała się. Przez łzy kiwnęła tylko głową, że może iść.
-
Tak, możesz już wracać do domu. Odprowadzę cię, nie martw się, a złoczyńcy jeszcze zapłacą za swoje zbrodnie... - powiedziałem i dalej już bez słowa szedłem przed siebie, byleby tylko znaleźć się za bezpiecznymi murami Elinhir. Przez całą drogę starałem się iść w pewnej odległości od głównego traktu, pozostając czujny lecz bez zbędnego ociągania się. Wszak nigdy nie wiadomo, co można spotkać drodze.
Dziewczyna pilnowała się maga, w końcu nie chciała wpaść znowu w kłopoty. Gdy w pewnym momencie ich szlak zbliżył się do szerszej drogi ujrzeli jeźdźców zmierzających w przeciwną stronę. Cztery osoby na koniach, wyraźnie widzieli zielono-pomarańczowe barwy Elinhir. Jeźdźcy również ich zobaczyli lub usłyszeli, zwrócili się w ich stronę
-
Kto tam jest? Metokryt z gwardii księstwa Elinhir - Przedstawił się Redgard. Cała czwórka trzymała w pogotowiu broń, zarówno miecze jak i kusze.
Wystąpiłem przed młodą i ukłoniłem się.
-
Seothyr z rodu Del'Rhynn. Proszę, wysłuchajcie mnie. Podróżuję, a w zasadzie podróżowałem do Elinhir w celu znalezienia nowych odbiorców mojego drewna, gdy napotkałem pewną scenę ... - powiedziałem, po czym opisałem im bardzo dokładnie moje spotkanie z Meltonem, a następnie krótko, bez zbędnych szczegółów, takich jak zabójstwo Norda, opisałem resztę: że podszyłem się pod 'odbiorcę towaru' i oswobodziłem Lettę, a także podałem im lokalizację groty - ...
i zmierzaliśmy właśnie do miasta, gdy was napotkaliśmy.Dziewczyna wychyliła się zza Bretona.
-
Ten pan mówi prawdę, uratował mnie... Gwardzista skinął głową. -
Spotkaliśmy Meltona, właśnie szukamy tej grupki, a teraz trafimy tam bez problemu. Za co, zresztą tak samo jak za okazaną pomoc, w imieniu gwardii dziękuje panu. - Przez chwilę się nad czymś zastanawiał. -
A może chciałby pan dołączyć do gwardii? Chyba, że służy pan w innych oddziałach zbrojnych.-
Ja... Ależ... - zaniemówiłem, i tym razem nie były to moje umiejętności aktorskie -
Ja? Ależ jestem tylko zwykłym drwalem...Chyba nie mi dane takie... Niewiem czy się nadaję... - nie wiedziałem co powiedzieć, odetchnąłem głęboko po czym kontynuowałem, starając się, trochę nieudolnie, opanować -
Zaszczytem byłoby dla mnie wstąpienie do waszej gwardii, aczkolwiek nie wiem czy byłbym w stanie sprostać waszym wymaganiom. I... nie należę do żadnej innej organizacji. Ale to chyba nie jest teraz najważniejsze. Należy zająć się Lettą - wskazałem na dziewczynę - i
dorwać pozostałych porywaczy. Może po tym wszystkim porozmawiamy w mieście? Chciałbym się tam udać niezwłocznie, muszę... odpocząć.-
Porywaczami się zajmiemy, sami zagonili się w pułapkę. W raporcie napiszę o pańskich zasługach w tej sprawie, więc będzie miał pan rekomendacje. Myślę, że człowiek który sam wydostał z łap trójki mężczyzn uwięzioną kobietę sprosta wymaganiom każdego oddziału. - Uśmiechnął się przyjacielsko i uznaniem. -
Rozumiem pańskie zmęczenie, gdy pan odpocznie i zdecyduje proszę złożyć podanie u księcia lub księżnej. My teraz dokończymy pewną sprawę.Letta przysłuchiwała się rozmowie. -
Skoro wybiera się pan do miasta mogłabym towarzyszyć? Tam mam rodzinę, i pewnie tam będzie dziadek na mnie czekał.Odwróciłem się do dziewczyny i odrzekłem z uśmiechem -
Naturalnie, moja droga. Nie odstąpię cię, dopóki nie wrócisz do dziadka. Ale... - zamyśliłem się, po czym odpowiedziałem z powagą -
...będziesz mi musiała zapłacić za ratunek... - zrobiłem pauzę, i nim zareagowała, dokończyłem -
... pięknym uśmiechem - i roześmiałem się.
-
Dobrze Panowie, resztę porywaczy zostawiam wam, a Lettę dostarczę osobiście do jej dziadka Meltona. Byłym jednak wdzięczny za pomoc w szybkim dostaniu się do miasta, gdyż mojego konia dostał dziadek Letty, a dziewczyna jest już pewnie zmęczona całą tą sytuacją.Nastąpiła krótka rozmowa między gwardzistami, po czym troszkę nie pewnie, ale jednak dwóch z nich zsiadło z koni i podali wodzę.
-
Proszę je później odstawić do koszar. - Najpewniej zdecydowali, że mogą zaufać w tej sytuacji. Z dwoma pozostałymi końmi udali się w stronę pieczary, nie należało zwlekać, gdyby przypadkiem tamta dwójka znalazła martwego towarzysza mogliby uciec.
-
Dobrze więc, tak też uczynię. Letto, wsiadaj na koń. To już ostatnia część naszej podróży - rzekłem i sam uczyniłem to samo.
- Powodzenia panowie! I do zobaczenia w Elinhir!Gwardziści po chwili zniknęli pomiędzy drzewami kierując się do pieczary.
Dwa dni później Seothyr został obywatelem i gwardzistą Elinhir.
Sesja poprowadzona w przegląrkowej, fabularnej grze Cyrodiil, osadzonej w realiach świata The Elder Scrolls. Poprowadzona mi przez Soriana Al-Khnir.