Hmm... Hmmmm..... Heh ^^ Ile się ostatnio wydarzyło :D Zacznę może od wyników matur ;] Były bardzo pozytywne :D Szczególnie ładny wynik z matmy mi niezwykle poprawił i tak niezły humorek. Jedno mnie zastanowiło... dlaczego wszyscy tak bardzo się stresowali przed otrzymaniem wyników? Przecież nie są one losowane, nie trzeba się martwić o to. Można powiedzieć że są już ustalone w chwili gdy oddajemy swoją pracę komisji maturalnej. A po co się stresować przed maturą? Jeśli się uczyliśmy i/lub posiadamy odpowiednią wiedzę, wtedy możemy być spokojni. Zdamy. Jeśli się nie uczyliśmy wtedy należy pogodzić się z faktem, że nie zdamy. Proste ^^. Tak więc kompletnie nie widzę powodu do stresu ani przed maturą ani przed otrzymaniem wyników. Drugim tematem jest moja praca :D Dziś minął pierwszy dzień. Trochę nudnawo było i długo... ale na jutro mam już zapewnioną moc atrakcji. W tym kalibracja Amperometrycznego Analizatora HART (Model 54eA), instalacja przyrządów do pomiaru przepływu metodą elektromagnetyczną, regulacja miernika poziomu pH, przyuczenie się przy instalacji sprężarek, sprawdzenie przepływności metodą ultradźwiękową, montaż i obsługa mikroprocesorowego analizera pomiarów oraz instalacja próbników poziomu pH oraz zawartości tlenu... Nio. Tak wyglądać będzie przeciętny mój dzień w browarze. W Żywcu. Na stanowisku automatyka :D A teraz nieco mojej filozofii ;] Cholernie trudno znaleźć jakąś miłą, sympatyczną i nie zajętą dziewczynę w obecnych czasach ;D W stanie wolnym czuję się co prawda jak ryba w wodzie, lecz czasem brakuje teraz tej jedynej. Takiej, o której wystarczy pomyśleć aby poprawić sobie samopoczucie. Takiej, która podzielałaby moje zainteresowania choć po części i z którą można by pogadać na każdy temat... No cóż, z drugiej strony nie każdemu takie szczęście pisane ;] No, a teraz zabieram się za lekturę. Tym razem instrukcje do mojej jutrzejszej pracy. Jakieś 140 stron, nic wielkiego XD Zaraz potem mały deserek z malin i śmietany a potem dobra książka i może jakieś anime do snu. Obecnie czytam "To" Stephena Kinga. Książka rewelacyjna, posiada te swoje 1200 stron i czyta się ją z zapartym tchem. Jest to chyba najlepsza powieść grozy jaką kiedykolwiek czytałem. Ta książka wyciąga na wierzch wszelkie strachy z dzieciństwa, obawy i lęki. Ta książka obdziera nas z rzeczywistości do jakiej przywykliśmy, ukazując prawdę... nie taką jaką byśmy chcieli znać... To wraca. To zawsze wraca. Chcecie baloniki? One pławią się w powietrzu ]:-> Dodam że przeczytałem tę książkę pierwszy raz gdzieś w pierwszych klasach podstawówki. Hmm, 1 albo 2... Trochę mi to zajęło... i chyba mi całkowicie wypaczyło psychikę ;D Jak teraz to czytam to aż mnie zatyka momentami i myślę sobie "jak do cholery byłem w stanie to przeczytać w tak młodym wieku!" Whatever, i tak jestem dziwny XD A w sobotę odbędzie się II Spotkanie Organizacyjne w sprawie Projektu Morrowind. Ognicho,, pieczone ziemniaczki, namioty, zwierzęce futerka, miód pitny i jeszcze parę atrakcji które opiszę po fakcie ;] Pozdrawiam wszystkich tych nielicznych co jeszcze czytają mojego bloga ;P
Sen, który powraca regularnie. Nie sen... koszmar. Odkąd sięgnę pamięcią, on wciąż się powtarza. I nic z niego nie pamiętałem... aż do dziś! Głównym powodem, dla którego zacząłem zgłębiać tajniki oneironautyki, było poznanie tego właśnie snu. Szczerze mówiąc, żałuję, że nie pozostałem w niewiedzy... Jak pisałem jakiś czas temu, oneironautyka pozwala nam na kontrolę snów. Nie jest to jednak jedyną zaletą. Dzięki ćwiczeniom możemy się nauczyć zapamiętywać nasze sny. Ostatnią cechą, która mnie przekonała, było poznanie siebie, na zasadzie konfrontacji z sennym zagrożeniem. Gdy we śnie napotykamy wyimaginowanego przeciwnika, powinniśmy zmusić się do konfrontacji, najlepiej słownej. Gdy takową wygramy, wtedy nasz przeciwnik zamienia się w przyjaciela. Oprócz porad jakie nam może dać, taka konfrontacja automatycznie poprawia naszą podświadomość, likwiduje jakieś nasze negatywne cechy. Wróćmy do tematu... Koszmar ten zdarza mi się nieregularnie, lecz wciąż od niepamiętnych dla mnie czasów. Nigdy nie pamiętałem co mi się śniło. Budziłem się tylko z odczuciem wszechogarniającej mnie grozy, straszliwy strach paraliżował zarówno moje ciało jak i umysł. Prawie zawsze budzę się wtedy z nieludzkim krzykiem, oblany potem i niezdolny do racjonalnego myślenia...Przez długi czas po przebudzeniu zatracałem poczucie świadomości, tak jakby cały świat stał się dla mnie złowrogi. Ostatniej nocy wszystko uległo jednak zmianie... Koszmar wrócił. Obudziłem się jak zwykle z uczuciem straszliwego lęku. Tym razem jednak szybko udało mi się opanować i zastosowałem technikę oneironautyki pozwalającą na powrót do przerwanego snu... To co zobaczyłem... Stałem w ciemnym pomieszczeniu, a w zasadzie w czarnej przestrzeni. Widziałem tę czerń, jej kształt i rozmiary. To było dziwne. Już raz widziałem coś podobnego, ale nie chcę wspominać tamtych przeżyć. Za mną odczułem jakąś obecność. Niezwykle mi znaną obecność. W chwili gdy zdałem sobie z tego sprawę, znów poczułem, jak przeraźliwy strach sparaliżował moje ciało. Nie chciałem się jednak poddać. Bardzo długo zajęło mi opanowanie się. Bardzo długo... Zapytałem - "czym ty jesteś?" W odpowiedzi w mojej głowie pojawiły się wyrazy, słyszałem głosy, jeden głos wymawiający jakieś słowa... dziwne obrazy i kolory zaczęły się pojawiać w mojej głowie... zdołałem zapamiętać tylko trzy, aczkolwiek ich pisownia nie jest dla mnie pewna: aketosz, akotosz, akatasz... mastema, masterma, masema... hisi, hiisi, hjisi... nie pamiętam dokładnie, jak one brzmiały. Chciałem pokonać to coś, chciałem wygrać z moim wewnętrznym lękiem. Nie byłem jednak w stanie... nie zdołałem nawet sformułować myśli, aby się przeciwstawić temu. Może miałem taki zamiar... lecz nie powiodło mi się. Znów usłyszałem głos. To powiedziało, że nie pokonam go, że nie mogę się z tym mierzyć, że jestem tylko po to, aby mógł istnieć, że ochroni mnie przed zagrożeniem i krzywdą... Czułem zło. Straszne uczucie bezdennej czerni i przytłaczającego, zawiesistego zła. Doszedłem do wniosku, że jeśli nie mogę nawet się odezwać, rzucę się na to. Zaatakuję to. Nagnę sen moją wolą, sprawię aby stał się dla mnie prosty. Odwróciłem się. To było mną i to było wszędzie. Jednocześnie ludzkie, lecz z drugiej strony była twarz koszmaru. Do teraz to pamiętam. Wystarczy, że to wspominam, robi mi się zimno, czuję lęk... Jednakże teraz, gdy znam konstrukcję tego snu, będę w stanie przywołać go ponownie. Może... Bo jeśli tego nie zwalczę, nic już nie pozostanie takie, jak dawniej.
Weekend spędziłem na Operacji Południe - pokazach wojskowych odbywających się co roku w Bielsku na błoniach. Na pomysł wybrania się tam wpadłem dzięki wcześniejszej namowie pewnej osóbki, z którą owe dwa dni miło spędziłem :D (rozmowa o panzerwaflach pod McDonaldzie...XD) Dzień pierwszy minął na oglądaniu prezentacji pojazdów wojskowych. Od motorów przez jeepy po amfibie, na czołgach kończąc. Przez cały dzień zjadłem półtora paczki specjalnych sucharów wojskowych SU-2 popijając wodą i... dawno nie byłem tak najedzony :D Polecam wszystkim, wybierającym się w dłuższe podróże, gdy miejsce w plecaku jest na wagę złota a o gorącej wodzie można tylko pomarzyć ;] Sam zakupiłem cały plecak tego specjału :D Tego dnia odbyła się również akcja przystrajania trawą oraz trawiasto-chwastowa wojna XD Dzień drugi był bogatszy o wiele atrakcji. Oprócz ponowienia pokazów z dnia wcześniejszego, odbyły się jeszcze pokazy scen batalistycznych i różnorakie rekonstrukcje historyczne. Im słońce było niżej, tym atrakcje stawały się coraz bardziej interesujące. Szereg najciekawszych pokazów rozpoczął się od symulacji nalotu. Brawa dla pirotechników... za spore opóźnienia w odpalaniu ładunków ;D Pilot mógłby jednak zejść nieco niżej... jak to zrobił ponoć w roku ubiegłym. Następnie... wraz ze Starszym Kapralem 4 tajnego gliwickiego oddziału zabezpieczenia inżynieryjnego udałem się na zwiad po terenie wroga... Bo bardzo zabłoconym terenie wroga... Co ciekawe, obce pojazdy nie stanowiły dla nas zagrożenia, prawdziwym wyzwaniem był dla nas żołnierz wroga... który używając zapewne niezwykle zaplanowanej dywersji ("uważajcie na...") zdołał pokryć nas od stóp do głów błockiem... Dla Pani Kapral tereny błotniste nie były żadnym wyzwaniem. Czysta trawa to już jednak co innego (łup...). I tak, gdy już powróciliśmy z akcji rozpoznania terenu, nasze odzienie wzbogaciło się o bardzo naturalny kamuflaż błotny. Następną atrakcją był, chyba najbardziej oczekiwany przez wszystkich, Tank Crash! Organizatorzy zgodnie stwierdzili, iż tylu ludzi jeszcze tutaj nigdy nie było... A na czymże ten pokaz polegał? Na teren główny wprowadzono kilka samochodów, głównie starych, poczciwych maluchów. Następnie zostały one całkowicie zezłomowane poprzez rozjechanie. Czyn ten popełniły dwa pojazdy - platforma transportowa oraz inny, również gąsienicowy, czołgopodobny pojazd. Przyznam, że był to widowiskowy pokaz. Ostatnim punktem programu były błotne pokazy. A mianowicie skoki (dosłownie skoki) 17 tonowej amfibii do wielkich, błotno-wodnych kałuż. Widownia była tym zachwycona i... poniekąd ubłocona. Dzień zakończył się krótką, narracyjną sesją w Wampira Mroczne Wieki ^^ A potem pozostało pożegnanie i powrót do domu... Zanim to się jednak stało, udało mi się nabyć oryginalny, 30 letni, niemiecki chlebek w puszce. Spożyję go w dniach 5-7 września, w których to odbyć się ma coroczny Chatkon. Jeśli po tej dacie nie będę dawał znaków życia... no cóż :D Wszystko będzie dla was jasne ;] Powrót do domu, choć długi, był bardzo interesujący... Sposób, w jaki zwykli, nieświadomi przechodnie reagowali na mój widok był.... zabawny :D Dlaczego? Otóż... zaznaczam, że nadal miałem na sobie tonę błota, wszędzie, głowa nie byłą wyjątkiem XD, do tego niemiecka bluza bundeswerka i czapeczka do kompletu ;] Na nogach oczywiście błotne glany... no i nieco sfatygowany plecak typu kostka na ramieniu. Te dwa dni były wspaniałe, wszystko dzięki towarzyszącej mi Jarogniewie, której to za towarzystwo bardzo dziękuję :)
PS: I pamiętajcie, tak jak sama nazwa wskazuje, chlebak służy do noszenia granatów :D
Po wielu próbach mogę ogłosić sukces. Mój cel został osiągnięty. Zmierzyłem się z koszmarem... w sposób chyba nietypowy... Podręczniki i porady do oneironautyki opisują, że w trakcie konfliktu we śnie, należy się dogadać bądź zniszczyć przeciwnika. Co ja zrobiłem? Otóż... Sytuacja podobna do ostatnio przeze mnie opisanej. To samo miejsce, ta sama sytuacja... Tym razem szybko jednak zdałem sobie sprawę z tego, co się dzieje. Odwróciłem się, aby zmierzyć się z tym. To było takie, jakie zapamiętałem. Ponury śmiech rozległ się w mojej głowie, spowijając mnie całunem strachu. Nie poddałem się i kroczyłem w jego kierunku. Wydaje mi się, że trwało to wieki. Słyszałem dziwne i straszne słowa, czułem dziwną potęgę z którą chcę się zmierzyć. Tak, jakbym miał zatrzymać czołg gołymi rękami... Zacząłem planować, co powiedzieć. Jak przekonać to do mojej sprawy, lub jak się tego pozbyć... - Nigdy mnie nie pokonasz – usłyszałem w odpowiedzi na bezgłośnie myśli. Nagle wpadłem na pewien pomysł... - Nie chcę z tobą walczyć. Nie chcę cię namawiać. Jestem pewien, że zobaczyłem te to się zdziwiło... zaskoczyło bądź nawet przeraziło, a to dało mi szansę... Gdyż... postanowiłem zastosować pewną technikę korekcji charakteru, zwaną techniką obrazu, której się nauczyłem lata temu. Polega ona na wizualizacji siebie, usunięciu wad i połączeniu się z nowym sobą. Zmieniłem jednak nieco całą formułkę... - Po prostu... staniesz się częścią mnie! – powiedziałem to z taką pewnością siebie, że sam się zdziwiłem. Chciałem to zrobić... i udało mi się! Wyobraziłem sobie połączenie, zespolenie dwóch bytów. A może nawet więcej niż dwóch... poczułem się jakoś dziwnie i inaczej... Nie pamiętam ciągu dalszego, bo nagle się obudziłem. W pamięci pozostał mi jednak krzyk tego... Po raz pierwszy czuję, że całkowicie panuję nad wszystkimi sferami mojej osobowości, która od 11 lat była rozbita na fragmenty... Na trzy konkretne fragmenty, które wciąż pozostawały ze sobą w sprzeczności. To już minęło. Nie wyczuwam ich obecności... Wygrałem? Czuję, że mam dostęp do mocy, która objawiała się we mnie w czasie wściekłości. Z drugiej strony idzie to w parze z moim kodeksem postępowania. Ponadto nie niweluje to mojej empatii... Tak jeszcze nigdy nie było, były to trzy rzeczy, które się wykluczały nawzajem. Czas wypróbować nowego siebie...